Up

Pewnie myślicie sobie, że siedzę sobie całymi dniami w domu, popijam kawkę, przeglądam Pinterest i raz na jakiś czas naskrobię jakiś wpis na bloga. Ziarno prawdy w tym jest, ale to „skrobanie” nie jest takie proste jakby się mogło wydawać. Jak w każdej robocie, są gorsze i lepsze dni oraz blaski i cienie. Chcesz zostać blogerem wnętrzarskim to zastanów się dwa razy.

Zakładając tego bloga wcale nie chciałam, żeby to był taki mój inspiracyjny pamiętnik a jak ktoś to jeszcze przeczyta to „fajnie”. O nie! Od samego początku mam dość sprecyzowaną wizję jak to ma wyglądać i co będzie na nim publikowane a bardziej czego nie będę publikowała. Mam swoją misję, o której już wspomniałam w poprzednim wpisie o stylu skandynawskim. Ten blog ma być inny niż wszystkie! Ma być piękny, wizualnie i merytorycznie. Tu wypadałoby wreszcie rozszyfrować nazwę bloga, mooj to nie tylko zangielszczone słowo mój, ale również połączenie holenderskiego słowa mooi co znaczy piękny :) Ktoś na to wcześniej wpadł? Bardzo lubię takie zabawy językowe, no i jest to też fajne odniesie do mojej ulubionej Holandii, do której mam sentyment. Ze słowem concept już nie ma wielkiej filozofii, to po prostu moja własna wizja i pomysł na wnętrza. Pracę nad blogiem traktuję bardzo poważnie, dlatego też od samego początku wiedziałam, że będzie on na mojej osobistej domenie a nie blogspocie itp. Łączą się z tym niemałe wydatki, ale to jeszcze bardziej mobilizuje mnie do wytężonej pracy. Skoro już się zainwestowało kasę i dużo więcej prywatnego czasu, to nie ma odwrotu, trzeba to robić porządnie i z pasją.

Co do publikowanych treści to moim numerem jeden jest: Nie trać czasu swoich czytelników, sama nie znoszę jak ktoś marnuje mój czas, więc nie robię tego samego Wam. Absolutnie każdy wpis jest przemyślany, ma swoje przesłanie i mam nadzieję, że Was inspiruje. Jeśli kiedykolwiek ktoś napisze komentarz, że stracił swoje 5 minut z życia czytając dany artykuł to przysięgam, że go skasuję (artykuł a nie komentarz czy człowieka!;)) albo przynajmniej poprawię! Także nie zobaczycie tutaj wpisu typu „o proszę jaki ładny kupiłam sobie sukulent, kosztował tylko 2 zł” i milion zdjęć kaktusa czy temu podobne bzdury! Nawet, jeśli trafi się przysłowiowy kwiatek to będzie on na drugim planie a nie jako główny temat wpisu. A zdjęcie kwiatka to może wkleję na Instagrama, bo na wiele więcej nie zasługuje! Z tym pierwszym punktem łączy się również moja dewiza: Wiem co mówię a nie mówię co wiem! Tym samym staram się również kierować w życiu, żadna ze mnie gaduła i chociaż „papier” przyjmie wszystko to nie piszę wszystkiego co mi na myśl przyjdzie.

Czy zdawaliście sobie sprawę, że każdy wpis na bloga zajmuje mi średnio 2 – 3 dni? I wcale nie mówię tu o 2 – 3 godzinach dziennie, ale co najmniej 5 – 6 godzinach. Samo pisanie nie przychodzi mi z lekkością, bo pod tym względem jestem pedantką, więc każde słowo, przecinek i ogólny sens jest przemyślany i przeczytany po stokroć zanim nacisnę „Opublikuj”. Do tego dochodzi masa spraw, które mogą się wydawać bzdurami, ale tak naprawdę to zajmują najwięcej czasu. Sama inspiracja do tematu i zebranie myśli, może potrwać nieokreśloną liczbę czasu. Czasami są to dni, kiedy nie mam weny albo po prostu mam lenia to nic nie publikuję. A czasami mam taki natłok myśli, że nie nadążam ich notować w zeszycie i wtedy trzeba jeszcze dać dziecku obiad albo pojechać po drugie do przedszkola. Przeważnie też na najlepsze pomysły wpadam podczas odkurzania czy brania prysznica (tak jak ten), więc chyba muszę zainwestować jakiś wodoodporny tablet (istnieje coś takiego na świecie?), żeby te myśli mi nie uciekały.

Kiedy myśli są już zebrane i określę przesłanie postu, napiszę cały tekst lub jeszcze w trakcie, wyszukuję zdjęcia potwierdzające moją teorię. Do każdego wpisu dołączam minimum 20 – 40 zdjęć, więc jest to naprawdę cały dzień przeszukiwania Pinteresta lub podobnych stron i co ważniejsze wybrania tych idealnych! Podobnie sprawa się ma, kiedy publikuję własne zdjęcia, to nie dość, że trzeba je zrobić, czyli posprzątać, ustawić, zrobić kilka wersji a później jeszcze obrobić w programie. I wcale tu nie chodzi o wyidealizowane zdjęcia, bo ani mój dom nie jest idealny ani ze mnie dobra fotografka, ale staram się. Prawda jest taka, że u nas na co dzień to wszystkie poduszki fruwają i dzieciaki włażą mi na głowę, a przecież jak bajzel wygląda każdy wie, wątpię żebyście chcieli to jeszcze oglądać u mnie na blogu. A obróbka zdjęć to ich wykadrowanie, balans światła, opisanie i umieszczenie logo, tak żeby całość była przyjemna dla oka. Na dodatek po samej publikacji postu przychodzi czas na promocję jego we wszystkich moich social mediach, czyli najpierw Facebook, potem Instagram oraz Zszywka i Pinterest. I nie wiadomo kiedy mijają dni i godziny, ale satysfakcja jest ogromna, zwłaszcza jeśli dostaję później od Was pozytywny odzew, więc nie myślcie, że ja tu się Wam żalę ile to pracy, ile wysiłku itd. Ja absolutnie uwielbiam ten proces, od początku do końca. Nawet kiedy byłam mała i bawiłam się klockami to bardziej cieszyło mnie same budowanie niż późniejsza zabawa.

Jest jedna rzecz, której nie przewidziałam, kiedy zaczynałam blogować. A mianowicie, że tak mnie to pochłonie oraz że będę teraz jeszcze dalej od określenia swojego własnego stylu. Kiedy ktoś mnie pyta jaki jest mój ulubiony styl to serio zaczynam się jąkać. Efektem ubocznym tak częstego przeglądania Pinterestu jest jeszcze większy ból głowy od natłoku pięknych wnętrz i przedmiotów. Zewsząd bombardują mnie mega inspirujące zdjęcia i czasami myślę sobie, że o ile łatwiej żyło mi się wcześniej. W miarę jedzenia apetyt rośnie, więc mój gust się wyrabia i niestety/stety podobają mi się coraz droższe rzeczy a ta niezaspokojona potrzeba posiadania tych wszystkich cudowności może być przytłaczająca. Teraz już nie wyznaję tezy dobre bo tanie, ale jeszcze bardziej doceniam jakość wykonania i piękny design, więc tym ciężej jest mi znaleźć ten idealny przedmiot. A żeby było śmieszniej to co chwilę zmieniam zdanie, bo co chwilę coś nowego wpada mi w oko, więc jak tu żyć, Panie Premierze? ;) Myślałam, że jak kiedyś przyjdzie ten dzień, że będę budowała i urządzała swój własny dom to wszystko będę miała już sprecyzowane, spisane i wystarczy tylko zrealizować plany a tu może być zonk, bo po pierwsze szybko to się nie stanie a do tego czasu mogę zmienić gust milion razy. Ale pocieszam się, że tylko krowa nie zmienia zdania ;)

Blog stał się moją obsesją a każdy dzień bez internetu wydaje się być dniem straconym. Często może się Wam wydawać, że mam lenia, bo nic nie publikuję, ale w te dni siedzę np. na blogu i pracuję nad jego stroną wizualną, chociaż Wy i tak pewnie tych szczegółów nie zauważacie. Żeby ten blog wyglądał tak jak teraz wygląda to poświęciłam na to nie dni a miesiące, a i tak według mnie jeszcze nie jest idealnie i pewnie nigdy nie będzie. Absolutnie wszystkie wtyczki i ustawienia musiałam sama najpierw nauczyć się jak się je instaluje, bo to nie jest takie proste, a potem jeszcze spersonalizować, czyli takiej wewnętrznej roboty, przynajmniej na początku, jest dużo więcej niż samych wpisów na bloga. Ale wydaje mi się, że efekt końcowy jest tego warty i mimo, że obecnie nie mam z tego tytułu żadnych profitów to już nie wyobrażam sobie, że mogłabym nie pisać bloga. To absolutnie weszło mi już w krew.

Odnośnie profitów to wielkiego doświadczenia nie mam mimo, że firm z propozycją współpracy zgłasza się dużo, to nic jeszcze nie zaciekawiło mnie na tyle, że chciałabym się tym z Wami podzielić. Oddzielną kwestią jest relacja bloger – firma, mam wrażenie, że po pierwsze firmy jeszcze nas nie doceniają i za bardzo nie wiedzą jak do nas podejść, jak ugryźć dany temat. Ale na Meetblogin często poruszałyśmy z dziewczynami to zagadnienie, więc mam taki mały apel do marketingowców. Najgorszy grzech jaki popełniacie to olewanie nas, czyli nieodpisywanie na maile albo wychodzenie z propozycją współpracy barterowej, żaden szanujący się bloger nie pójdzie na taki układ tym bardziej, jeśli nie będzie się czuł doceniony. Więc zanim się z nami skontaktujecie zadajcie sobie ten trud i poczytajcie danego bloga, żebyście chociaż wiedzieli z kim macie do czynienia. Kiedy widzę maila i odnoszę wrażenie, że został on tylko skopiowany i wklejony od poprzedniego blogera to zgadnijcie jaka jest moja reakcja?! Obserwuję też całą blogosferę i jak widzę, że dziesiątki blogów uczestniczy w tej samej kampanii i jak na gwizdek wszyscy publikują podobne posty to, aż mi się włos na głowie jeży. Jeśli nie wiecie jak w kreatywny sposób zrobić jakąś kampanię to albo spytajcie o zdanie samego blogera albo podejrzyjcie jak to się robi na zachodzie, oni są w tym lepsi i mają większe doświadczenie. A nie kombinujecie pod górkę lub co gorsze idziecie po najmniejszej linii oporu a efekty są mizerne. Blogi mają ogromny potencjał, więc wykorzystajcie to dopóki możecie a my nie krzyczymy Wam jeszcze pięciocyfrowych wynagrodzeń za kiwnięcie palcem. My blogerki możemy się zbuntować a wtedy to Wy będziecie na naszej łasce ;)


Ten wpis jest wyjątkowy, bo oczywiście nie ma tu zdjęć i innych inspiracji wnętrzarskich, ale powstał w „ułamku sekundy”. Miałam ochotę podzielić się z Wami kulisami mojego blogowania oraz kilkoma przemyśleniami i ciekawostkami. Być może za rok lub dwa będę miała inne wnioski to napiszę drugą część, ale mam nadzieję, że nie macie wrażenia, że straciliście czas? 


ABOUT THE AUTHOR

Basia

Część, jestem Basia, samozwańcza projektantka wnętrz z ogromną pasją i nieskromną wiedzą teoretyczną. Projektowanie dla ludzi nie jest moim priorytetem. Zależy mi na tym, żeby Mooj Concept inspirował, uczył i zachęcał do samodzielnego kreowania własnych czterech kątów. Zapraszam do mooj'ego concept'u na design.