Up

Pewnie myślicie sobie, że siedzę sobie całymi dniami w domu, popijam kawkę, przeglądam Pinterest i raz na jakiś czas naskrobię jakiś wpis na bloga. Ziarno prawdy w tym jest, ale to „skrobanie” nie jest takie proste jakby się mogło wydawać. Jak w każdej robocie, są gorsze i lepsze dni oraz blaski i cienie. Chcesz zostać blogerem wnętrzarskim to zastanów się dwa razy.

Zakładając tego bloga wcale nie chciałam, żeby to był taki mój inspiracyjny pamiętnik a jak ktoś to jeszcze przeczyta to „fajnie”. O nie! Od samego początku mam dość sprecyzowaną wizję jak to ma wyglądać i co będzie na nim publikowane a bardziej czego nie będę publikowała. Mam swoją misję, o której już wspomniałam w poprzednim wpisie o stylu skandynawskim. Ten blog ma być inny niż wszystkie! Ma być piękny, wizualnie i merytorycznie. Tu wypadałoby wreszcie rozszyfrować nazwę bloga, mooj to nie tylko zangielszczone słowo mój, ale również połączenie holenderskiego słowa mooi co znaczy piękny :) Ktoś na to wcześniej wpadł? Bardzo lubię takie zabawy językowe, no i jest to też fajne odniesie do mojej ulubionej Holandii, do której mam sentyment. Ze słowem concept już nie ma wielkiej filozofii, to po prostu moja własna wizja i pomysł na wnętrza. Pracę nad blogiem traktuję bardzo poważnie, dlatego też od samego początku wiedziałam, że będzie on na mojej osobistej domenie a nie blogspocie itp. Łączą się z tym niemałe wydatki, ale to jeszcze bardziej mobilizuje mnie do wytężonej pracy. Skoro już się zainwestowało kasę i dużo więcej prywatnego czasu, to nie ma odwrotu, trzeba to robić porządnie i z pasją.

Co do publikowanych treści to moim numerem jeden jest: Nie trać czasu swoich czytelników, sama nie znoszę jak ktoś marnuje mój czas, więc nie robię tego samego Wam. Absolutnie każdy wpis jest przemyślany, ma swoje przesłanie i mam nadzieję, że Was inspiruje. Jeśli kiedykolwiek ktoś napisze komentarz, że stracił swoje 5 minut z życia czytając dany artykuł to przysięgam, że go skasuję (artykuł a nie komentarz czy człowieka!;)) albo przynajmniej poprawię! Także nie zobaczycie tutaj wpisu typu „o proszę jaki ładny kupiłam sobie sukulent, kosztował tylko 2 zł” i milion zdjęć kaktusa czy temu podobne bzdury! Nawet, jeśli trafi się przysłowiowy kwiatek to będzie on na drugim planie a nie jako główny temat wpisu. A zdjęcie kwiatka to może wkleję na Instagrama, bo na wiele więcej nie zasługuje! Z tym pierwszym punktem łączy się również moja dewiza: Wiem co mówię a nie mówię co wiem! Tym samym staram się również kierować w życiu, żadna ze mnie gaduła i chociaż „papier” przyjmie wszystko to nie piszę wszystkiego co mi na myśl przyjdzie.

Czy zdawaliście sobie sprawę, że każdy wpis na bloga zajmuje mi średnio 2 – 3 dni? I wcale nie mówię tu o 2 – 3 godzinach dziennie, ale co najmniej 5 – 6 godzinach. Samo pisanie nie przychodzi mi z lekkością, bo pod tym względem jestem pedantką, więc każde słowo, przecinek i ogólny sens jest przemyślany i przeczytany po stokroć zanim nacisnę „Opublikuj”. Do tego dochodzi masa spraw, które mogą się wydawać bzdurami, ale tak naprawdę to zajmują najwięcej czasu. Sama inspiracja do tematu i zebranie myśli, może potrwać nieokreśloną liczbę czasu. Czasami są to dni, kiedy nie mam weny albo po prostu mam lenia to nic nie publikuję. A czasami mam taki natłok myśli, że nie nadążam ich notować w zeszycie i wtedy trzeba jeszcze dać dziecku obiad albo pojechać po drugie do przedszkola. Przeważnie też na najlepsze pomysły wpadam podczas odkurzania czy brania prysznica (tak jak ten), więc chyba muszę zainwestować jakiś wodoodporny tablet (istnieje coś takiego na świecie?), żeby te myśli mi nie uciekały.

Kiedy myśli są już zebrane i określę przesłanie postu, napiszę cały tekst lub jeszcze w trakcie, wyszukuję zdjęcia potwierdzające moją teorię. Do każdego wpisu dołączam minimum 20 – 40 zdjęć, więc jest to naprawdę cały dzień przeszukiwania Pinteresta lub podobnych stron i co ważniejsze wybrania tych idealnych! Podobnie sprawa się ma, kiedy publikuję własne zdjęcia, to nie dość, że trzeba je zrobić, czyli posprzątać, ustawić, zrobić kilka wersji a później jeszcze obrobić w programie. I wcale tu nie chodzi o wyidealizowane zdjęcia, bo ani mój dom nie jest idealny ani ze mnie dobra fotografka, ale staram się. Prawda jest taka, że u nas na co dzień to wszystkie poduszki fruwają i dzieciaki włażą mi na głowę, a przecież jak bajzel wygląda każdy wie, wątpię żebyście chcieli to jeszcze oglądać u mnie na blogu. A obróbka zdjęć to ich wykadrowanie, balans światła, opisanie i umieszczenie logo, tak żeby całość była przyjemna dla oka. Na dodatek po samej publikacji postu przychodzi czas na promocję jego we wszystkich moich social mediach, czyli najpierw Facebook, potem Instagram oraz Zszywka i Pinterest. I nie wiadomo kiedy mijają dni i godziny, ale satysfakcja jest ogromna, zwłaszcza jeśli dostaję później od Was pozytywny odzew, więc nie myślcie, że ja tu się Wam żalę ile to pracy, ile wysiłku itd. Ja absolutnie uwielbiam ten proces, od początku do końca. Nawet kiedy byłam mała i bawiłam się klockami to bardziej cieszyło mnie same budowanie niż późniejsza zabawa.

Jest jedna rzecz, której nie przewidziałam, kiedy zaczynałam blogować. A mianowicie, że tak mnie to pochłonie oraz że będę teraz jeszcze dalej od określenia swojego własnego stylu. Kiedy ktoś mnie pyta jaki jest mój ulubiony styl to serio zaczynam się jąkać. Efektem ubocznym tak częstego przeglądania Pinterestu jest jeszcze większy ból głowy od natłoku pięknych wnętrz i przedmiotów. Zewsząd bombardują mnie mega inspirujące zdjęcia i czasami myślę sobie, że o ile łatwiej żyło mi się wcześniej. W miarę jedzenia apetyt rośnie, więc mój gust się wyrabia i niestety/stety podobają mi się coraz droższe rzeczy a ta niezaspokojona potrzeba posiadania tych wszystkich cudowności może być przytłaczająca. Teraz już nie wyznaję tezy dobre bo tanie, ale jeszcze bardziej doceniam jakość wykonania i piękny design, więc tym ciężej jest mi znaleźć ten idealny przedmiot. A żeby było śmieszniej to co chwilę zmieniam zdanie, bo co chwilę coś nowego wpada mi w oko, więc jak tu żyć, Panie Premierze? ;) Myślałam, że jak kiedyś przyjdzie ten dzień, że będę budowała i urządzała swój własny dom to wszystko będę miała już sprecyzowane, spisane i wystarczy tylko zrealizować plany a tu może być zonk, bo po pierwsze szybko to się nie stanie a do tego czasu mogę zmienić gust milion razy. Ale pocieszam się, że tylko krowa nie zmienia zdania ;)

Blog stał się moją obsesją a każdy dzień bez internetu wydaje się być dniem straconym. Często może się Wam wydawać, że mam lenia, bo nic nie publikuję, ale w te dni siedzę np. na blogu i pracuję nad jego stroną wizualną, chociaż Wy i tak pewnie tych szczegółów nie zauważacie. Żeby ten blog wyglądał tak jak teraz wygląda to poświęciłam na to nie dni a miesiące, a i tak według mnie jeszcze nie jest idealnie i pewnie nigdy nie będzie. Absolutnie wszystkie wtyczki i ustawienia musiałam sama najpierw nauczyć się jak się je instaluje, bo to nie jest takie proste, a potem jeszcze spersonalizować, czyli takiej wewnętrznej roboty, przynajmniej na początku, jest dużo więcej niż samych wpisów na bloga. Ale wydaje mi się, że efekt końcowy jest tego warty i mimo, że obecnie nie mam z tego tytułu żadnych profitów to już nie wyobrażam sobie, że mogłabym nie pisać bloga. To absolutnie weszło mi już w krew.

Odnośnie profitów to wielkiego doświadczenia nie mam mimo, że firm z propozycją współpracy zgłasza się dużo, to nic jeszcze nie zaciekawiło mnie na tyle, że chciałabym się tym z Wami podzielić. Oddzielną kwestią jest relacja bloger – firma, mam wrażenie, że po pierwsze firmy jeszcze nas nie doceniają i za bardzo nie wiedzą jak do nas podejść, jak ugryźć dany temat. Ale na Meetblogin często poruszałyśmy z dziewczynami to zagadnienie, więc mam taki mały apel do marketingowców. Najgorszy grzech jaki popełniacie to olewanie nas, czyli nieodpisywanie na maile albo wychodzenie z propozycją współpracy barterowej, żaden szanujący się bloger nie pójdzie na taki układ tym bardziej, jeśli nie będzie się czuł doceniony. Więc zanim się z nami skontaktujecie zadajcie sobie ten trud i poczytajcie danego bloga, żebyście chociaż wiedzieli z kim macie do czynienia. Kiedy widzę maila i odnoszę wrażenie, że został on tylko skopiowany i wklejony od poprzedniego blogera to zgadnijcie jaka jest moja reakcja?! Obserwuję też całą blogosferę i jak widzę, że dziesiątki blogów uczestniczy w tej samej kampanii i jak na gwizdek wszyscy publikują podobne posty to, aż mi się włos na głowie jeży. Jeśli nie wiecie jak w kreatywny sposób zrobić jakąś kampanię to albo spytajcie o zdanie samego blogera albo podejrzyjcie jak to się robi na zachodzie, oni są w tym lepsi i mają większe doświadczenie. A nie kombinujecie pod górkę lub co gorsze idziecie po najmniejszej linii oporu a efekty są mizerne. Blogi mają ogromny potencjał, więc wykorzystajcie to dopóki możecie a my nie krzyczymy Wam jeszcze pięciocyfrowych wynagrodzeń za kiwnięcie palcem. My blogerki możemy się zbuntować a wtedy to Wy będziecie na naszej łasce ;)


Ten wpis jest wyjątkowy, bo oczywiście nie ma tu zdjęć i innych inspiracji wnętrzarskich, ale powstał w „ułamku sekundy”. Miałam ochotę podzielić się z Wami kulisami mojego blogowania oraz kilkoma przemyśleniami i ciekawostkami. Być może za rok lub dwa będę miała inne wnioski to napiszę drugą część, ale mam nadzieję, że nie macie wrażenia, że straciliście czas? 


ABOUT THE AUTHOR

Basia

Część, jestem Basia, samozwańcza projektantka wnętrz z ogromną pasją i nieskromną wiedzą teoretyczną. Projektowanie dla ludzi nie jest moim priorytetem. Zależy mi na tym, żeby Mooj Concept inspirował, uczył i zachęcał do samodzielnego kreowania własnych czterech kątów. Zapraszam do mooj'ego concept'u na design.

  • Ola Collage

    Masz rację – my dopiero przecieramy szlaki na tym blogerskim poletku i w sumie to jeszcze nie wiadomo co z tego wyniknie. Zachowanie agencji marketingowych doprowadza mnie do szału. Zastanawiam się, czy nie pracują tam same nastolatki bez ogłady? Bardzo cenię sobie za to współpracę z kilkoma markami :) ale szczerze mówiąc nic nie poprawia tak samopoczucia, jak miły mail czy komentarz od czytelnika – nie innego blogera, tylko przysłowiowego Kowalskiego ;) Pozdrawiam

  • Dla mnie najśmieszniejsze są firmy, które się do mnie zgłaszają i piszą do mnie na Pan, zamiast na Pani. Nawet mojej płci nie poznają :( Pozdrawiam

    • OMG! Zabiłaś mnie tym… szczyt ignorancji :(
      P.S. (do wszystkich) Piszcie swoje „przygody” z firmami… może chociaż kilka to przeczyta i wyciągnie wnioski?!

  • Grzegorz Kerber

    Zacytuję „Do każdego wpisu dołączam minimum 20 – 40 zdjęć, więc jest to naprawdę cały dzień przeszukiwania Pinteresta lub podobnych stron i co ważniejsze wybrania tych idealnych! ” Zastanawiam się, czy masz jakąś zgodę na użycie zdjęć znalezionych na Pinterest.

    • Grzegorzu, decydując się na korzystanie z Pinterest udostępniasz swoje zdjęcia i zgadzasz się na przepinanie, czyli udostępnienie ich dalej. Ja wybierając wszystkie zdjęcia zwracam uwagę, żeby każde z nich miało przekierowanie do strony pierwotnego źródła a nie było załadowane przez prywatną osobę z komputera. Poza tym nigdy nie przycinam ich, nie usuwam znaków wodnych a każde ze zdjęć możesz znaleźć na moim profilu na Pintereście, jeśli go tam nie ma to podaję źródło bezpośrednio pod zdjęciem na blogu, tak jak było w przypadku wpisu o stolikach kawowych. Mam nadzieje, że rozwiałam Twoje wątpliwości. Pozdrawiam

      • Grzegorz Kerber

        To nie jest tak do końca jak piszesz niestety. Nie możesz pobrać zdjęcia na dysk z Pinteresta i załadować sobie na bloga. Jedyną właściwą formą jest embedowanie zdjęcia. Zobacz te linki:

        podobna tematyka jak u Ciebie
        http://domowa.tv/nie-kradnij-zdjec-jak-legalnie-wstawiac-fotki-na-bloga/

        i u Czaplickiej, osobie, która prowadzi rózne szkolenia
        http://czaplicka.eu/zrodlo-pinterest/

        • Ok dzięki za linki, zapoznam się z nimi i może faktycznie trzeba będzie coś zmienić. Alfą i omegą nie jestem a bloga prowadzę raptem trochę ponad pół roku i każdego dnia uczę się czegoś nowego ;) Zawsze chce być fair w stosunku do twórców zdjęć a moja dotychczasowa metoda wydawała się wystarczająco dobra.

        • Być może w niektórych sytuacjach utrudni mi to życie, ale dzięki embedowaniu nie będę miała zapchanego dysku na kompie… dzięki Grzegorz :)

  • minty

    Cieszę się, że ktoś poruszył tu kwestię pobierania zdjęć z Pinterest, nareszcie. Basiu, gdybyś sama robiła zdjęcia, poczułabyś o co chodzi i bez czytania podanych przez Grzegorza źródeł. Poza tym zdjęcia na Pinterest prawie zawsze mają prawidłowo podczepione żródło, wystarczy włożyć nieco wysiłku by nawiązać kontakt z autorem zdjęcia lub chociaż zrobić minimum i opisać zdjęcie jego nazwiskiem lub podać link do jego strony. A jeśli zdjęcie odnośnika nie posiada, po prostu go nie używaj. Powodzenia

    • No i widzisz minty, powtarzasz ten sam błąd co ja. Ja również robię sama zdjęcia (rzadko, bo rzadko, ale kilka jest) i oczywiście, że zależałoby mi na tym żeby były udostępniane dalej w sposób legalny. Sęk w tym, że wszyscy krzyczą o tej legalności a nikt kompletnie nie wie jak to się robi. Ja dopiero raczkuję, ale są osoby, które blogują już wiele lat i nigdy nie spotkałam się z wrzucaniem zdjęć w sposób jaki opisuje Grzegorz. Otóż minty, nie wystarczy podpisać zdjęcia czy nawet dać aktywny link do strony autora, a też wydawało mi się to ok. Już sam fakt, że masz ściągnięte to zdjęcie jest nie legalne, a to że go podpiszesz to nic nie zmieni, ponieważ jeśli autor skasuje to zdjęcie to ono dalej będzie na Twojej stronie! Dlatego jedyna słuszna metoda to embedowanie, czyli zapisanie zdjęcia w postaci linku do danej strony i nie ważne czy to będzie Pinterest czy inna strona, jeśli autor skasuje to zdjęcie to u Ciebie również nie będzie widoczne. Subtelna różnica a jednak! I popraw mnie Grzegorzu, jeśli źle myślę, że w tym przypadku nie trzeba kontaktować się z autorem zdjęcia!?? Bo ja szczerze powiem, nie wyobrażam sobie pisania 40 maili i czekania na odpowiedź przy każdym wpisie :/

      • minty

        Ja nie powtarzam tego błędu co Ty, ponieważ nie publikuję na blogu (z końcówką blogspot) zdjęć innych niż moje. Ale jako osoba, która zrobiła już tysiące zdjęć, które są poza blogiem publikowane w różnych miejscach, wiem z jakim rozczarowaniem łączy się znalezienie własnego zdjęcia w przestrzeni wirtualnej kogoś, kto o zdanie nie zapytał, a zdjęcie wykorzystał np do celów handlowych lub podnosząc za jego pomocą atrakcyjność artykułu. Nie chcę się tu rozpisywać na temat legalności udostępniania zdjęć z Pinterest, nie znam się na tym, bo nie jest mi to potrzebne. Chodzi mi o zwykłą przyzwoitość, o to, że autor zdjęcia, które publikujesz jest ważny. Trzeba dać wobec tego temu wyraz, linkując chociaż w odpowiedni sposób, chociaż… Sama piszesz powyżej, że zrobienie zdjęć to nie lada wyczyn, a robisz je jedynie na własny użytek, na użytek własnego bloga. Sesja wnętrzarska trwa zazwyczaj dwa- trzy dni, związana jest często z wyjazdem, noclegiem poza domem, przewiezieniem rekwizytów, za tym idą koszta, potem jest sprzęt, telefonem przecież tego nie ogarniesz i cała reszta, praco- i czasochłonna. No ale wpis na bloga trzeba zrobić i zilustrować odpowiednio, więc siup na Pinterest i jedziemy, co tam autor. Wystarczy wyobrazić sobie podobną sytuację, która spotyka Ciebie i już wiesz o co mi chodzi. Świetnie, że Grzegorz podsunął legalne wyjście dla blogerów, którzy korzystają głównie ze zdjeć innych autorów, dużo ich i fajnie byłoby, gdyby działali zgodnie z zasadami.
        Pozdrawiam
        Ewa Szymczak mintyhouse.blogspot.com

        • Och Ewa, tak się zastanawiałam czy odpisywać na Twój komentarz czy go nie usunąć, mam wrażenie, że nie czytasz dokładnie tego co piszę. Pisząc, że powtarzasz mój błąd miałam tylko i wyłącznie na myśli Twój komentarz, bo niestety Twój profil w disqus jest anonimowy a dopiero przy drugim raczyłaś się podpisać. Czyżby to odwet za mój komentarz do blogspotów? Koleżanki, które również są na tej platformie nie odebrały tego jako złośliwość a raczej konstruktywnie, bo teraz zastanawiają się nad przejściem na własną domenę. Ty również powinnaś być dumna ze swojej ciężkiej pracy a nie cudzej domeny. Po za tym wylewasz swoje żale w złym miejscu, wszyscy świetni twórcy spotkali się z kradzieżą zdjęć, ale jednego jestem pewna, że Twoich nigdy nie wzięłam, bo ani moja stylistyka ani wcześniej o Tobie nie słyszałam. Masz prawo dobiegać swoich praw autorskich, więc jak widzisz swoje zdjęcia gdzieś gdzie ich nie powinno być to reaguj, edukuj, że nie robi się tego w ten sposób, ale może nie od razu wyzywaj od złodziei i wysyłaj zaproszenie do sądu. Jeśli chodzi o moje korzystanie ze zdjęć z Pinterestu to robię to tylko dlatego, bo taki obrałam sobie kierunek na swoim blogu, czyli głównie edukacyjny i wybieram tylko te zdjęcia, które idealnie obrazują moje teorie. Doskonale wiem ile pracy trzeba poświęcić, żeby wyprodukować jedno zdjęcie, nie urwałam się z choinki, ale sama nie mam ani możliwości ani czasu, żeby robić każde zdjęcie samodzielnie. Dlatego też bardzo się cieszę z komentarza Grzegorza, bo wreszcie wiem jak to powinno się robić i dlatego też puszczam tą informację dalej w świat, żeby jak najwięcej osób się o tym dowiedziało. Jak już pisałam na swoim funpage’u, zrozumiałam swój błąd, biję się w pierś i postanawiam poprawę co oznacza, że nie tylko przyszłe zdjęcia będą w ten sposób dodawane, ale mam zamiar również przerobić stare posty. Mimo, że pewnie zajmie mi to grube miesiące.
          Pozdrawiam Cię Ewo i oddychaj głęboko… wszystko będzie dobrze ;)

          • minty

            Droga Basiu, ośmieliłam się napisać bo Twój blog i Ty jako jego autorka pretendujecie do miana edukacyjnych, edukujących (sama tak piszesz). Popełniasz przy tym poważny błąd, który może razić i wpływać negatywnie na odbiór Twojej pracy.Fantastycznie, że chcesz to naprawić. Niepotrzebnie używasz słów typu: raczyłaś, wylewasz żale… Zwracasz się do mnie „oddychaj głęboko… ” To jest negatywne, chyba nawet nieprofesjonalne, czuć w tym ironię, która odstręcza (mnie skutecznie). Na szczęście nie jesteś Basiu w stanie swoim tekstem doprowadzić mnie do zadyszki czy bezdechu, jestem bardzo spokojną osobą i odporną, dużą już dziewczynką. Nie wylewam tu żali, nie zrozumiałaś intencji. Daleka jestem też od zemsty czy odwetów (bo niby za co?), to nie leży w mojej naturze. A o moje prawa autorskie martwić się nikt też nie musi, radzę sobie z tym doskonale. Własną domenę posiadam od dawna, nie dotyczy bloga tylko magazynu, który wydaję. Trzymaj się i powodzenia w blogosferze

          • minty

            Czy usunęłaś moją odpowiedź Basiu?

  • Oj Basia, wszystko to ładnie napisałaś ale ja się zmęczyłam niestety.Przeczytałam więc znowu i potem jeszcze raz i zastanowiłam się spokojnie czy napisać komentarz coby Ci się nie narazić :) Ja z blogspota, od kwiatków i czasami „dupie marynie” i takimi tam. Ale wcale się nie burzę jak ktoś będzie miał zdanie o moim blogu że jest marny. Każdy ma swoje zdanie, prawda? Nie rozumiem tylko po co tyle pisania o wzniosłości własnego bloga, jaki ma być piękny bo z założenia masz misję i takie tam inne.
    Cytuję :
    „więc każde słowo, przecinek i ogólny sens jest przemyślany i przeczytany po stokroć zanim nacisnę “Opublikuj”.”

    „Co do publikowanych treści to moim numerem jeden jest: Nie trać czasu swoich czytelników, sama nie znoszę jak ktoś marnuje mój czas, więc nie robię tego samego Wam.”

    „Chcesz zostać blogerem wnętrzarskim to zastanów się dwa razy.”

    „Ten blog ma być inny niż wszystkie! Ma być piękny, wizualnie i merytorycznie.”

    „Mam swoją misję,” , „Blog stał się moją obsesją”

    No zmęczyłam się… bo wszystko takie napompowane tą wzniosłością, obsesją, misją i bólem pracy.

    Co do firm – firmy jak ludzie bo są różne firmy i różni ludzie a ludzie tworzą firmy więc koło zamknięte.
    Do moich partnerów nie mam zastrzeżeń, współpracuje nam się miło i w przyjaznej atmosferze.
    Kolejny cytat :
    „dziesiątki blogów uczestniczy w tej samej kampanii i jak na gwizdek
    wszyscy publikują podobne posty to, aż mi się włos na głowie jeży”

    Wiesz Basiu, podam przykład GUMI Tarasów gdy kilka z nas pisała o deskach na swoich blogach. Tak to była ta sama kampania ale nie zauważyłam by NASZE publikacje były na jedno kopyto i takie to trochę niesprawiedliwe bo przecież obserwujesz całą blogosferę.

    Mój blog piszę….o tak piszę sobie. Jak ktoś ma się męczyć to niech na niego nie wchodzi.Rozwijam go, idę małymi krokami więc daleko mi do Twojego super przemyślanego i dopracowanego bloga ale o tak sobie piszę i fotografuję. I znam wiele blogów bez tak szczytnej misji bo super babki je tworzą i z pasją.

    Basia, bo ja wolę słowo pasja :) Ale może ja TO wszystko źle odebrałam i powinnam sarkazm zrozumieć?
    hmmmm ? :)))))

    buźka od Zoyki

    ps. http://www.zoykahome.pl bo pewnie o mnie nie słyszałaś :)

    • Jasne, że każdy może mieć swoje zdanie, również na temat mojego bloga. Czy to był wzniosły wpis, hmm może i tak skoro tak go odebrałaś. Blog stał się moją obsesją, bo jak nic nie publikuję cały tydzień to jestem „chora” a gdyby nie był moją pasją to nie poświęcałabym mu tyle czasu na dopracowanie go. Nie ma tu żadnego bólu przy pracy, nawet w tytule jest przymrużenie oka na „ciężkie życie”. Misja, bo mam na niego konkretny pomysł a nie piszę o „dupie marynie” i zwracam uwagę na te cholerne przecinki, bo taka już jestem ;) Blog jest dla mnie fantastyczną odskocznią od szarej rzeczywistości i takie było główne przesłanie wpisu, ale również uświadomienie komuś z zewnątrz, że to nie pół godzinki i hop siup a później oferty współpracy sypią się jak z rękawa. A z takimi opiniami się spotykałam. Mi być może nigdy nie będzie dane współpracować z żadną firmą i luz, bo głównie zależy mi na przekazaniu mojego pomysłu na wnętrza zwykłemu „Kowalskiemu” i zarażaniu tym innych :)
      Buźka Zoyka